Strona główna

 
Wyborowa z Limką czyli oranżadowy biznes

Autor:  Ewa Gołuch - "Przegląd Lokalny" nr 11(419) 15 marca 2001 r.



Pragnienie sycili nią knurowianie już w latach trzydziestych. Starsi do dziś pamiętają wrażenia smakowe oranżad z wytwórni Naczyńskich. Przez kilkadziesiąt lat wytwórnia stanowiła stały element knurowskiego krajobrazu. Przed wytwórnią ustawiały się tasiemcowe kolejki, zwłaszcza w maju, gdy następował czas komunii. Działająca przez ponad pół wieku wytwórnia wód Naczyńskich upadła na początku lat dziewięćdziesiątych. W czasie rodzenia się przedsiębiorczości i najszybszego rozwoju prywatnych firm. Dlaczego?


Jedno z niewielu rodzinnych zdjęć przedstawiających pomieszczenia produkcyjne w początkowych latach istnienia wytwórni

Przedsiębiorczość to rodzinna cecha. Najszybciej ujawniła się w osobie Anny Naczyńskiej. To typ biznes women lat trzydziestych. Może tylko w skromniejszym wymiarze i emploi. Bakcyl przedsiębiorczości nie pozwolił pani Annie zamknąć się w kręgu domowych obowiązków. Znalazła pomysł na życie i powoli go realizowała. Na początku lat trzydziestych w piwnicy domu, w którym mieszkała zajmowała się wyrobem soków i oranżady. Ładowała wszystko na niewielki wózek i rozwoziła. Jeździła ulicami starego Knurowa i kolonii. - Babiczki, babiczki kupujcie oranżadki - rozlegało się gromkie wołanie. Dorabiała się powoli, ale systematycznie. Po dwóch latach wraz z mężem Ludwikiem pomyśleli o budowie domu. W piwnicach zaplanowali wytwórnię. Znalazła się na planach architektonicznych nowego domu przy ulicy Wolności, w którym zakład mieścił się do końca istnienia.

 

- Każdy ma swoją recepturę. Na dobrą oranżadę miały przede wszystkim wpływ składniki. Bardzo dobry przywożony z Krakowa koncentrat i woda z przepompowni Kwitek, transportowana specjalnie wykonanymi dębowym rurami - opowiada ostatni właściciel Henryk Naczyński. Charakterystyczne kapslowane butelki i wszystko nasączone dwutlenkiem węgla. Smaki od malinowego, cytrynowego, poziomkowego i pomarańczowego do kiwi. Niemieckie maszyny typu „Goliat” zapewniały sprawny wyrób oranżad. Do końca oranżada nie zawierała sztucznych konserwantów. „Oranżada wyborowa” schodziła jak świeże bułeczki. W wytwórni mieściła się również rozlewnia piwa browarów tyskich. Pod ogromnym dębem, który rósł na podwórku siadywali znamienici knurowianie. Często zaglądał doktor Florian Ogan. gwarzył i sączył piwo. Niepisanym sobotnim obowiązkiem było dostarczenie skrzynek oranżad na komendę milicji, dyrekcję kopalni, probostwo i komitet partyjny.
 
Po wojnie i przejęciu władzy przez komunistów sprawa skomplikowała się. Prywatna wytwórnia nie miała racji bytu. Te i inne przyczyny doprowadziły pierwszego właściciela do wyjazdu z Polski. W 1957 roku wyjechał do Republiki Federalnej Niemiec. Jednak już rok później, na początku czasów gomułkowskich zapala się zielone światło dla małych przedsiębiorstw. W 1958 wytwórnia rodzi się na nowo. Szefuje jej Alfred Naczyński, który otrzymuje pozwolenie na wznowienie działalności. Dwie sprowadzone z Niemiec maszyny saturatorowe i obsługujący je ludzie są w stanie wyprodukować od 1800 do 2000 butelek dziennie. Pracuje cała rodzina, tworząc rodzinny biznes. W latach najwyższej prosperity produkcja dochodzi do 10.000 butelek. Po latach chudych zaczynają się lata tłuste.
 
- Dobre czasy. W okresie świat i komunii sprzedaż trwała od rana do nocy. Zdarzały się kłótnie, bo kolejka ciągnęła się od wytwórni aż do pobliskiego CPN-u - dodaje pan Henryk. Na knurowskich drogach pojawia się charakterystyczny trójkołowy samochód. Naczyńscy wożą nim oranżadę do knurowskich sklepów, restauracji. Zaopatrują też okoliczne sklepy na terenie Gliwic, zakłady Krywałd Erg, Koksorem i placówki PSS- u.
 
- Pamiętam kurs do gliwickiego sklepu „Mandarynka”. Zanim mąż zdążył wrócić z Gliwic, odebrałam telefon, że oranżada już została sprzedana - opowiada Jolanta Naczyńska, żona Henryka. W wytwórni była ekspertem czystości. Na jej głowie spoczywa niebagatelna odpowiedzialność, a więc kontakty z Sanepidem.

 

W roku 1983 wytwórnię przejmuje Henryk Naczyński. Czasy sprzyjają rozbudowie. Rozbudowuje się pomieszczenia produkcyjne, magazynowe i syropiarnia. Zwiększa się także zatrudnienie do 6 osób. Powstaje oranżada, będąca znakiem firmowym wytwórni czyli „Limka” i „Orange”. Nikt nie spodziewa się tego, co nastąpi w niedalekiej przyszłości. Nikt nie myśli jeszcze o zamknięciu wytwórni. Pogorszenie się stanu wody jest sygnałem początku końca. Ze względu na szkody górnicze pogarsza się jakość wód głębinowych. 

W wytwórni pracowała cała rodzina. W głębi Alfred Naczyński - przedostatni właściciel

  

Woda z przepompowni „Kwitek” połączona zostaje ze zdecydowanie gorszej jakości wodą z Bełku. Do dezynfekcji dodaje się podchloryn sodu. Skutkiem tego woda śmierdzi. Nie pomagają nawet filtry sprowadzone spod Kielc. Decyzja Sanepidu jest jednoznaczna, woda nadaje się do spożycia tylko po przegotowaniu. Koniec wytwórni jest nieodwołalny. Naczyńscy z ciężkim sercem zamykają dzieło życia trzech pokoleń. Sprzedają dom i wytwórnię. Przenoszą się do Brennej. Tam otwierają restaurację i camping.
 
- Nie mogłem pozostać w Knurowie. Tutaj życie związałem z wytwórnią. W tej roli byłem znany i poważany. Miałem nadzieję, że kiedyś syn przejmie po mnie zakład. To wszystko stało się moją osobistą tragedią. Musiałem uciec i zmienić otoczenie - mówi z goryczą po latach ostatni właściciel wytwórni, Henryk Naczyński. Wytwórnia Naczyńskich przestaje istnieć w roku 1993. Teraz pan Henryk zamiast oranżad serwuje pstrągi.

 

Etykietka stanowiła jedyną, jak na tamte czasy, reklamę produktu i jakości


 
Do góry
Copyright © 2000-2017 Wirtualny Knurów, Marek Ostrowski
Wszelkie prawa zastrzeżone